Portugalia cz. 4 – Evora

11 listopada, 2018 Blog - opowieści z podróżyPortugalia  Skomentuj

Hej,

Jeszcze niby tydzień nas czeka a dopada nas lekkie zwątpienie – czemu to już zaraz się kończy? Czy nie możnaby tak z parę tygodni dłużej? 

Ostatnio przebywaliśmy w Evorze. Miasto jawiło się z opisów jako perła średniowiecza w Portugalii. Osobliwy i zachowany klejnot na skalę europejską. Jak było? Początek byl super! Gospodarz nie tylko przywitał nas uśmiechem, dał klucze do pięknego mieszkania na starówce (kamienica z ponad 4m. wysokości) to postawił na stole nalewkę własnej produkcji.

Ze smaku podobna zupełnie do niczego co już piliśmy. Ale smaczne. Oto widok na Evore.

Co nam krzyżowalo plany to pogoda. Było trochę deszczowo i pochmurno. Jeden dzień cały przesiedliśmy u nas. Gdy jednak się przejasniało od razu ruszaliśmy w miasto.

Zacznijmy od ruin rzymskich…

By przejść do gotyku… Jerzyk podziwiał fronton katedry…

Aczkolwiek bardziej chyba (jak zresztą widać) jesienne liście. Zrobił całkiem niemały bukiet na zmianę wręczany mamie i tacie.

Evora słynie z jednego zrealizowanego całkiem zawadiackiego pomysłu. Jak to opisał pewien przewodnik (cytat z pamięci) – coś co robi ogromne wrażenie ale nie chciałbyś tego odtworzyć w domu. A chodzi o sposób upchniecia 5000 zwłok z przepełnionego cmentarza tak by ich broń Boże nie zbezcześcić. 2 mnichów wpadlo na genialny pomysł zrobienia kaplicy, która przypominałaby o kruchości ludzkiego zycia – memento mori.

Dalszy plan nie oddaje fascynujących detali. No ok! Nie detali. Po prostu cała kaplica wyłożona jest ludzkimi kośćmi w dość przemyślanej i ciekawej aranżacji. 

W Evorze znaleźliśmy też polski akcent. Uwaga – oto on:

Dla mało uważnych wyjaśniamy – oponę wyprodukowano w Poznaniu! Stomil rządzi! 😉

W deszczowy dzień postanowiliśmy z Jerzem zwiedzic katedre i klasztor, przed którym to wcześniej zbieraliśmy liście a teraz po prostu chroniliśmy się przed deszczem.

Dalej to już tylko deszcz i deszcz. Dziś wybraliśmy się do naszego ostatniego punktu podróży – Portimao. Po drodze zahaczyliśmy o mała miejscowość – Baje, z pieknymi, kafelkowanymi kamienicami.

W jednej z nich zasiedlismy do naszej tradycyjnej, rodzinnej kawki. Wszyscy jemy po ciastku (handel wymienny wtedy kwitnie) i pijemy kawkę (z czego jeden członek rodziny jakaś taka dziwnie białą). 

A teraz: ciepło, ocean i miejmy nadzieję słońce!

Pozdrawiamy!

Zostaw komentarz